#TellMeMore Wywiad z Antoniuszem Dietziusem


Udało się odhaczyć jedno z naszych postanowień- przeprowadziłyśmy swój debiutancki wywiad! A kim był nasz pierwszy gość? Reżyser, aktor, wokalista, scenograf, miłośnik Londynu i żelek. Laureat plebiscytu Nieprzeciętni i nagrody publiczności plebiscytu Genialni Lokalni Globalni. Od dekady kierownik artystyczny w Śródmiejskim Teatrze Muzycznym, wspierający rozwój nowego pokolenia aktorów musicalowych. Wyjątkowy człowiek o wielu talentach, w rozmowie o czasach licealnych, wpadkach i najdziwniejszych snach- Antoniusz Dietzius!
fot. Tomasz Truszkowski


Urodziłem się w Łodzi, ale w wieku 8 lat wyjechałem do Krynicy Zdrój i tam się wychowywałem. 10 km od Krynicy położona jest Muszyna - tam jeździłem do liceum, tam się uczyłem i tam moja mama uczyła muzyki. Pojechałem tam za mamą, bo było wygodniej. Liceum to był przecudowny czas w moim życiu! 3 lata ze świetną 37-osobową ekipą w klasie, z którą połączyła nas absolutna pasja do wariactwa. Robiliśmy rzeczy szalone i kiedyś w szkole pojawił się pomysł na festiwal teatralny, na który każda klasa miała przygotować jakiś spektakl. Pamiętam też, że co jakiś czas jeździliśmy do Krakowa na wycieczki do teatrów i muzeów, bo to był najbliższy większy ośrodek kultury. Byłem odpowiedzialny za zorganizowanie jednej z nich i stwierdziłem, że pojedziemy na Skrzypka na dachu do Teatru Bagatela, którego ja sam widziałem już wcześniej na Festiwalu im. Jana Kiepury w Krynicy. No i pojechaliśmy tam, wróciliśmy... I okazało się, że takie „zarażenie” tym tytułem pojawiło się nie tylko u mnie, ale i u wszystkich. Dlatego powiedziałem: “Słuchajcie, skoro jest ten szkolny festiwal teatralny, to wystawmy Skrzypka! Będzie to coś szalonego!”


Jak wyglądały przygotowania do spektaklu, praca nad scenariuszem? Było to bardzo czasochłonne?
Siedziałem w domu z filmem i spisywałem scenariusz - całego Skrzypka na dachu. Robiłem to razem z koleżanką, więc sam scenariusz spisywało się dosyć szybko, gorzej było z tekstami piosenek, które tłumaczyłem sam. W filmie są one przetłumaczone, ale nie fonetycznie, nie są przygotowane do śpiewania. Więc tutaj musieliśmy sobie radzić sami. To było totalnie szalone! Wszystkie próby odbywały się w ramach szkoły i była to taka moja pierwsza przygoda z reżyserią. Później okazało się, że żadna inna klasa nie przygotowała spektaklu, a my nagle zrobiliśmy musicalowy klasyk. I to było bum - młodzi ludzie w takiej małej miejscowości jak Muszyna zrobili pełnowymiarowy, dwugodzinny spektakl, w którym sami śpiewają, w którym są kostiumy, wszystko jest dopracowane. Oczywiście, nie było to takie idealne, jak teraz na to patrzę z perspektywy czasu, ale to było 16 lat temu. Aż tyle? Nieważne... Dawno.
To były totalne początki. Tak sobie teraz myślę, że byłem szalony. Mówili wtedy, że to jest kwestia charyzmy. I od tego pierwszego tytułu, który zobaczyłem, czyli właśnie Skrzypka na dachu, musical i śpiew w teatrze stały mi się jeszcze bliższe. Bo muzyka w moim domu była od zawsze - mama kończyła śpiew klasyczny na wydziale wokalno-aktorskim Akademii Muzycznej w Łodzi, ale zawodowo na scenie śpiewała bardzo krótko. Zakochała się w moim tacie, który był lekarzem wojskowym i ze względu na częste zmiany jednostek, w których stacjonował postawiła na inne życie niż to sceniczne.

To brzmi jak historia z jakiegoś filmu!
No. Melodramat, zdecydowanie.

O Twojej mamie wiemy też, że jest po szkole muzycznej. Czy namawiała Cię w jakiś sposób do wybrania takiej drogi?
Tak, mama jest też pianistką po szkole muzycznej, ale nigdy mnie do niczego nie namawiała. Ani do gry na pianinie, ani do tego, żebym zdawał na klasykę. To wszystko samo się we mnie zrodziło. Oczywiście mama dopingowała mnie w moich wyborach, ale nigdy niczego mi nie sugerowała. Z kolei mój tata nigdy nie wyobrażał sobie tego, że można się uczyć bez książek, a mama swoje doświadczenie zdobywała permanentną praktyką, jak to na scenie... Zderzenie dwóch światów. Ważnym jest jednak to, że tata nigdy mnie nie zniechęcał do pójścia w taką artystyczną stronę.

Czy od samego początku chciałeś reżyserować musicale?
Śpiew w teatrze zawsze był mi bliski, ale takim prawdziwym przełomem było zobaczenie Miss Saigon w Teatrze Muzycznym Roma. Przyjechałem do Warszawy, bo akurat brałem udział w finale olimpiady z historii muzyki… Poszedłem do teatru wiedząc tylko tyle, że jest to teatr muzyczny i że idę na Miss Saigon. To zderzenie z bardzo dobrą jak na ówczesne czasy inscenizacją, bardzo zbliżoną do oryginalnej wersji scenicznej, zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Wtedy sobie uświadomiłem - to jest to! Tym się będę zajmował! Na początku jeszcze myślałem, że będę bardziej aktorem, niż reżyserem... Ale skończyło się tak, że już od 13 lat zawodowo zajmuję się reżyserią.

W licealnym czasie pojawiła się też nagroda w plebiscycie Polskiego Radia Nieprzeciętni...
Tak, do plebiscytu zgłosiła mnie moja koleżanka ze szkolnej ławki i nagle okazało się, że młody chłopak z małej miejscowości dostaje statuetkę - pierwszy tytuł Nieprzeciętnego w historii Polskiego Radia, za charyzmę i za to, co robiłem w szkole. Statuetka ma w swoim kształcie skrzydła i zawsze mówię, że mnie trochę uskrzydliła. To było takie pierwsze duże docenienie tego, co robię i to nie przez ludzi, którzy są dookoła mnie, tylko przez ludzi z całej Polski, którzy oddawali na mnie głosy - to był ogromny kopniak do działania.


To był chyba taki znak: zajmuj się tym, to Ci wychodzi!
Zdecydowanie! Od tego czasu byłem coraz częściej gościem w Polskim Radiu, kilkakrotnie byłem zapraszany do Telewizji. Pokazywali młodego, który robi coś więcej, ma pasję. Każde zderzenie z taką medialną rzeczywistością jeszcze bardziej mi mówiło: “no dobra, to już nie wypada tego porzucić, idziemy w tę stronę!” Dobrze to wspominam.

Kiedy tak opowiadasz o tym, co robisz, to musimy przyznać, że zawód reżysera wydaje się wspaniały! Czy faktycznie taki jest?
Zawsze wszyscy mi mówili, że bycie aktorem, reżyserem - to najlepsza praca ever. Cały czas buja się w obłokach, wciela się w coraz to nowe role, tworzy jakiś wymyślony świat… i jeszcze komuś za to płacą. Żyć, nie umierać! Faktycznie, jest to bardzo satysfakcjonujące, ale nie można zapominać, że to też bardzo trudny zawód. To tylko taki mit przyjęty przez tabloidy, że reżyseria to czerwony dywan, ścianka, kwiaty i kupa kasy. Nie. W ogóle tak nie jest. Nawet jeśli się zarobi, to trzeba pamiętać, że ta suma jest teraz. A ja nie wiem, czy i kiedy dostanę kolejne propozycje. Jest to bardzo niepewny zawód, nerwowy, męczący. Z tych nerwów zawsze przed premierami sporo chudnę i potem przez 2-3 tygodnie muszę odpoczywać i się regenerować. Dużo stresu. Przy każdym mailu z agencji londyńskiej już się człowiek zastanawia, o co chodzi i martwi, co się mogło stać… takie nerwy towarzyszą mi cały czas, a do tego dochodzą: próby, często bezsenność, praca fizyczna przy tworzeniu scenografii… Bo oprócz tego, że to wszystko wymyślam, to ja to też robię.  Ale spełniam się w tym, zdecydowanie.

A czy nie brakuje Ci bycia na scenie? Jeżeli już grasz w spektaklu, to są to zwykle niewielkie role.
Tak, trochę brakuje i właśnie dlatego obsadzam się w tych spektaklach, żeby chociaż na chwilę też wyjść na scenę. Bardzo dużym atutem dla mnie jako reżysera jest fakt, że potrafię śpiewać i wejść na scenę, w końcu nie da się ukryć, że studiowałem na wydziale wokalno-aktorskim. Jeżeli ktoś mi mówi, że czegoś się nie da zrobić, to udowadniam mu, że jest inaczej i od razu pokazuję, jakim środkiem to uzyskać. W takim codziennym życiu nie brakuje mi aktorstwa, ale scena bardzo cieszy, zwłaszcza ten kontakt z widzem. Więc na przykład w Spamalocie wziąłem na siebie dwa małe epizody. W Nędznikach zagram na zmianę z Maćkiem Dybowskim, który teraz przygotowuje się do jednej z ról w Next to Normal. Maciek jest absolwentem naszego teatru, w którym wykreował znakomite role w Miss Saigon, Skrzypku na dachu oraz Footloose. Dobrze jest mieć dublera. To jest kwestia mojej odpowiedzialności jako reżysera, żeby ten spektakl dopiąć na ostatni guzik a potem ewentualnie "wskoczyć w rolę". Miałem takie przypadki, na przykład przy wystawianiu Grease, że ogarniając i rolę reżysera, i aktora, na 24 godziny przed premierą wylądowałem na SOR-ze z wycieńczenia. Chociaż... to nie było to dla mnie takie złe, przez 6 godzin sobie leżałem z "kroplóweczką" i dochodziłem do siebie, a cała ekipa siedziała zestresowana w Palladium. Właśnie takie sytuacje powodują największą mobilizację i nagle wszyscy powiedzieli sobie: “dobra, słuchajcie, skupmy się, zróbmy to, musimy sobie poradzić!”. Więc może to też jest jakaś metoda (śmiech).  

Czy zaliczyłeś jakąś wtopę na scenie, jako aktor?
Przede wszystkim muszę się przyznać, że jestem mistrzem w zapominaniu tekstu i jestem znany z tego, że szyję… Szyję lepiej niż wszystkie moje szwaczki z Nędzników razem wzięte! Ale to jest naprawdę najgorsze możliwe uczucie i koszmar każdego aktora: stanąć na scenie i zapomnieć tekstu. Jeszcze pół biedy, jak się coś mówi. Ale jak trzeba śpiewać i szyć…? Oj nie. Do tego mam problem z uczeniem się tekstów po angielsku i nie daj Boże musieć szyć po angielsku - prawdziwy dramat!
Więc jeśli zdarzały mi się wtopy, to głównie takie tekstowe. Nigdy mi się nie zdarzyło spaść ze scenografii, czy wyjść na scenę w złym kostiumie… albo po prostu teraz już tego nie pamiętam.
Była jeszcze taka jedna sytuacja, kiedy grałem Thuy'a w Miss Saigon. W drugim akcie wychodziłem spod sceny przez taką klapę. Miałem przy pasie kaburę z pistoletem i  zahaczyłem nią tak, że nie mogłem wyjść spod tej sceny! Więc początek piosenki zaśpiewałem jak... taka surykatka, wystająca z nory tylko do połowy.

Wspomniałeś, że jesteś dobry w szyciu… A jak jest z gotowaniem?
Oj tak, łatwo jest mnie zgotować na scenie! I to jest niestety moja zmora. Ale też z łatwością gotuję innych! I na przykład w Spamalocie w roli Brata Maynarda w Spamalocie mogłem zrobić wszystko, co mi się podobało… W ogóle w tym spektaklu można było robić co tylko się chciało - i to się wszystko broniło. Problem w tym, że jak widzę śmiech kogoś, kogo zgotowałem, to wtedy sam też się gotuję!
No tak, w Spamalocie można było zaszaleć, ale w Nędznikach lepiej uważać!

Wiemy też, że jesteś zodiakalnym strzelcem. O tych osobach mówi się, że są impulsywne i wybuchowe. A nam jest ciężko sobie wyobrazić niecierpliwego Antoniusza…
Jestem niecierpliwy, bo ja bym chciał, żeby już na pierwszej próbie wszystko było tak, jak ja chcę. Troszeczkę zapominam o tym, że na pierwszej próbie każdy aktor - niezależnie od tego czy jest amatorem, czy ma doświadczenie, czy jest młody, czy też stary - musi dopiero zrozumieć o co mi chodzi. I kiedy przyjdzie na kolejną próbę, to wtedy zrobi to, czego od niego chcę. To jest właśnie taka niecierpliwość strzelca, ale nie jestem wybuchowy, ani nie krzyczę. Nie złoszczę się na ludzi, raczej jeśli już to bardziej się nimi irytuję. I to zauważam już od dłuższego czasu, że w życiu codziennym towarzyszy mi ta irytacja. Nie robię nikomu awantur, załatwiam konflikty spokojnie, chociaż może z pewnym wyrachowaniem i chłodem.
Ale strzelec to optymizm! Ja zdecydowanie jestem optymistą! Czasami jakieś tam chandry przychodzą, wiadomo - jak u każdego. Jednak przede wszystkim niosę z sobą dużo uśmiechu. Wiem, że mam też poczucie humoru i tym się cieszę na co dzień. Moja mama też jest strzelcem, więc świetnie się z nią dogaduję i myślę, że te cechy charakteru mam właśnie po niej.


Teraz czas na nasze standardowe i ulubione pytania:

Szarlotka czy sernik?
Szarlotka - ale na zimno, nie na ciepło. Z cynamonem. Nie rozumiem ludzi, którzy jedzą szarlotkę bez cynamonu. Oprócz tego lubię wiele innych ciast, ale szarlotka musi być!

Jaki był Twój najdziwniejszy sen?
Rok temu śniło mi się, że byłem u dziadków w domu, była piękna pogoda i przyśniła mi się jakaś taka maszyna, która sięgała od ziemi do chmur. Ona była jakoś napędzana ręcznie i poniekąd latała. Ale najciekawsze w tym wszystkim było to, że gdy się obudziłem, to ją narysowałem! Było to trochę creepy, a zarazem ciekawe, że po przebudzeniu byłem w stanie odtworzyć dokładny jej kształt. I chociaż może nie był to najdziwniejszy sen mojego życia, to zwrócił moją uwagę.

Jakie jest Twoje marzenie z dzieciństwa?
Jak byłem dzieckiem zawsze chciałem być stomatologiem i bardzo lubiłem chodzić do dentystów. Strasznie mnie to kręciło, te wszystkie narzędzia. Z resztą mój tata był lekarzem, więc medycyna zawsze była mi bliska. Przez pewien czas chciałem nawet zostać księdzem. Jednak zawsze pociągało mnie to życie sceniczne - tutaj się gdzieś śpiewało, tam coś robiło. Z resztą ja jestem permanentnym dzieckiem, więc ja te marzenia sobie cały czas realizuję. Na co dzień nie otaczam się ludźmi w moim wieku, dzięki temu mam mentalność 17-latka cały czas... ale mi z tym dobrze i myślę, że tak zostanie.


Jakie jest Twoje ulubione miejsce na Ziemi?
Bardzo lubię być w Londynie. Co roku tam latam w wakacje, żeby sobie zobaczyć jakieś nowe spektakle, których nie widziałem, albo wrócić do jakiegoś, który już znam. Wprawdzie Londyn jest niesamowicie męczący na dłuższą metę, ale uwielbiam tam być. Mam swoje miejsca, które lubię - swoje Cafe Nero, swój ulubiony rodzaj muffina, swoje ulubione ścieżki spacerowe, słodycze brytyjskie. Naprawdę lubię Wielką Brytanię.
Bardzo lubię też Wiedeń, do którego cyklicznie jeżdżę. Mam tam chrześniaka, więc się śmieję, że w razie potrzeby, mam gdzie uciekać. Jest też trochę takich miejsc, które po prostu dobrze mi się kojarzą. I też w Polsce. Miejsca, z którymi wiążą się wspomnienia. Na przykład, chociaż wychowywałem się w górach, to kocham morze i tam mieszkałem w trakcie studiów. 

Koniec świata! Jak słoiki przewozić?
Wyjechałem właśnie dlatego, żeby się trochę odciąć i wydorośleć. To wymagało ode mnie zmiany i skupienia się, żeby nauczyć się żyć na co dzień - płacić rachunki, robić zakupy, prasować. Aczkolwiek ja zawsze byłem samodzielny i to mi zostało. Ugotuję, przyszyję guzik i naprawię kran, a przy okazji zbuduję Paryż i jeszcze wyreżyseruję Nędzników. Nie mogę się nudzić! Ja lubię jak mi szybko płyną dni i żyję od - do, czyli dzisiaj żyję myślą, że w sobotę mamy próbę, będzie fajnie, a po niej będę myślał o tym, że we wtorek np. wyjeżdżam na dwa dni. No i cały czas żyję tym, że w czerwcu premiera Nędzników. I tak mijają mi te dni od daty do daty. Dla mnie najgorszym okresem są wakacje, kiedy nie mam nic do roboty. Wytrzymam dwa dni, a potem już mnie nosi. Na szczęście Nędznicy wracają w ostatnich dniach sierpnia, więc tych wakacji nie będę miał tak strasznie rozwleczonych. A potem już od razu w sierpniu ruszamy z próbami do koncertu. Także dużo działamy!

Jaką supermoc chciałbyś mieć?    
Chyba chciałbym móc się teleportować.

Do Londynu?
Na przykład! To jest bardzo przydatna supermoc. Mówię sobie, jest godzina 14 to na 19:30  polecę sobie na spektakl i jeszcze wrócę, żeby rano być w pracy. Albo teraz chciałbym na szybciutko skoczyć w jedno miejsce do bliskiej mi osoby, do domu do mamy czy do babci na pierogi. W korkach nie stać!
To jest też fajne w zawodzie reżysera, że sam sobie ustalam godziny pracy. Chyba, że pracuję w zawodowym teatrze, gdzie są one już ustalone z góry. Natomiast taka teleportacja też pomogłaby mi w zawodzie. Żeby nadzorować scenografię, muszę jechać do jakiejś hurtowni stolarskiej, ogarnąć zamówienie, potem trzeba szybko pojechać po tkaniny, przyjechać do domu kultury i poprowadzić próby… Czasochłonne i męczące. Dlatego, po prostu w takim życiu codziennym teleportacja mega by mi się przydała.

I ostatnie nasze pytanie: czego Ci życzyć?
Siły - tego na pewno, to zawsze się przydaje. Mówi się także, żeby życzyć zdrowia… ale dla mnie siły! Siły są dla mnie najważniejsze. Będą siły, będzie i zdrowie. Uśmiechu mi nie trzeba życzyć, bo on gdzieś zawsze mi towarzyszy, tak jak humor. Cierpliwości też można mi życzyć (ech, te strzelce). No i po prostu, czy to w życiu zawodowym, czy prywatnym - powodzenia. Żebym podołał życiu zawodowemu, bo ono bardzo wpływa na moje życie prywatne.

W takim razie tego Ci życzymy!


Komentarze

  1. Jeszcze raz gratuluje wygrania plepiscytu. Ciesze sie, ze moglam przeczytac ten wywiad. Jestem az w Toronto a poczulam jaki zar i pasja bije z mlodego czlowieka, ktory ma szczescie spelniac sie zawodowo. Zycze dalszego realozowania swoich marzen.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziewczyny, świetny wywiad i naprawdę mega ciekawe pytania! Widać, że dobry research zrobiłyście przed wywiadem. A sam pan reżyser wydaje się być człowiekiem z ogromną pasją :) Jako Wasza wielka fanka czekam na więcej!!! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, dziękujemy za miłe słowa!
      Dobrze, że wywiad jest pisany i możecie tylko ocenić pytania, a nie nerwowy chichot, jaki towarzyszył ich zadawaniu :D

      Usuń

Prześlij komentarz